Tarnów 100 lat wcześniej – migawki wspomnień

Tarnów 100 lat wcześniej – migawki wspomnień
CategoriesAktualności

7 marca  2023r.  Tarnów obchodził swoje urodziny

Każdy, kto choć trochę interesuje się przeszłością, zastanawia się czasem, jak wyglądało kiedyś dane miejsce, jak żyli i funkcjonowali wówczas ludzie.

Zapraszamy Państwa na krótki spacer po zakamarkach Tarnowa.

Dlaczego teraz?

Bo 7 marca stolica naszego regionu obchodziła swoje urodziny. W tym dniu w 1330 r. ówczesny król Polski- Władysław Łokietek lokował nasze miasto.

Trudno dokładnie powiedzieć jak wyglądał zwyczajny dzień w Tarnowie w XIV w., czyli w czasie jego powstania, bo nie ma świadków, którzy pamiętają tamte czasy i nie ma też zapisów, które stanowiłyby wiarygodne źródło wiedzy.

Możemy jednak pokusić się o przedstawienie wspomnień naszych pradziadków, dziadków i rodziców, których życie w Tarnowie przypadało kolejno: na ostatni czas zaborów, pierwszą wojnę światową, dwudziestolecie międzywojenne oraz trudne lata nazistowskiej napaści i okupacji.

Jak zatem wyglądało życie miasta około sto lat temu?

Jest wczesny ranek zwykłego, powszedniego dnia w Tarnowie, po pierwszej wojnie światowej.

Pierwszy wstaje stróż, który bladym świtem wygasza lampy gazowe, oświetlające śródmieście. Nie da się porównać światła gazowego i elektrycznego. To tak. jakby porównać nastrój żarówki i świecy. Dzisiaj w dobie oświetlenia LED i wygody, trudno sobie wyobrazić cały rytuał oświetlania i wygaszania miast…

Kolejno z dużym hałasem otwierają się rolety sklepów i zakładów usługowych. Trzeba było włożyć dużo pracy, by podnieść ciężką przesłonę siłą mięśni… Nie było przecież rolet sterowanych pilotem. Otwarcie sklepu czy zakładu wiązało się z wieloma czynnościami m.in. zapalaniem lamp naftowych, paleniem w piecu, wykonaniem opakowań…

Z wielkim rumorem wjeżdżały do centrum furmanki, wiozące towar na rynek, który był głównym targiem ze straganami (taki jak obecny Burek)… Towar gospodarze rozwozili do sklepów w lnianych workach ważących 50 kg, które sprzedawcy następnie rozważali do papierowych toreb. Dzielili sery, rozbierali całe tusze zwierząt na porcje. Na kontuarze rozłożone były duże arkusze szarego papieru, na którym sklepikarze spisywali słupki rachunków.

W mieszkaniach zaczynała się codzienna, domowa krzątanina. Wstawały służące, które rozpalały w piecu, by zagotować wodę, a w zimie ogrzać mieszkanie. Punktualnie o 6.00 pierwszy raz dzwoniły dzwony w naszej katedrze. Biskupem diecezjalnym był wtedy Leon Wałęga.

Teraz do domów wchodziły praczki. Pranie było bardzo ważnym rytuałem w czasach, gdy ubrania noszono do całkowitego zniszczenia. Dbano bardzo o odzież. Ważne też były i bardzo potrzebne- zakłady krawieckie. Najpopularniejszy był zakład braci Braunów. Znoszone płaszcze poddawano „nicowaniu”, czyli pruciu, przewróceniu na lewą stronę tkaniny i uszyciu od nowa. W ten sposób ubiór zyskiwał „drugie życie”, swoisty „second life”…

Wreszcie wstawali domownicy. Pan domu około 7.00 wychodził do pracy. Urzędnicy zaczynali pracę o 8.00. Ale wychodzili godzinę wcześniej, by ogolić się u znajomego fryzjera, którego nazywano wówczas balwierzem albo cyrulikiem. W domach łazienki – jeśli istniały – były ciemne, pozbawione bieżącej wody, z małym lustrem. Zatrzymywali się po drodze do pracy z każdym znajomym na chwilę rozmowy. Dzisiejszy pośpiech i zniecierpliwienie byłyby uznawane za lekceważenie. Panowie zawsze ubierali do urzędu białe koszule, które nosili cały tydzień, natomiast codziennie zakładali dopinany, sztywny, krochmalony kołnierzyk, a na białe rękawy koszuli zakładali tzw. „zarękawki”. Były to czarne ochraniacze, sięgające od łokcia do dłoni tak, by nie pobrudzić czystych rękawów. Ówczesnym burmistrzem Tarnowa był Tadeusz Tertil.

Teraz na ulicy pojawiali się uczniowie, którzy podążali dużymi grupami do Czackiego, Hoffmanówki, Kopernika oraz ówczesnych liceów. Istniały już wówczas obecne zespoły szkół: elektrycznych i ogrodniczych. Bardzo ważną osobą w szkole był woźny, zwany dawniej tercjanem lub- rzadziej- pedelem. Często był to były wojskowy, z typowym oficerskim drylem. Nosił rodzaj uniformu, ciemnogranatowego munduru z dwurzędowym zapięciem. Przed lekcjami musiał zapalić w piecach, wieczorem posprzątać sale i pomieszczenia szkolne. Pilnował także dyscypliny czasu, dzwonił dzwonkiem, oprawionym w drewniany trzonek, obwieszczając przerwy i lekcje. Umiał często wygrywać tym dzwonkiem różne melodyjki…

Teraz panie domu zaczynały załatwiać sprawy na mieście, one też musiały mieć czas na pogaduszki i ploteczki z napotkanymi znajomymi. Zaglądały do kuśnierza, krawca, fryzjera, sklepów… Najbardziej popularny był wielobranżowy sklep Bracha, zlokalizowany u zbiegu ulic Wałowej, Katedralnej i Targowej…

Swój czas późnym rankiem mieli obwoźni handlarze. Żydzi kupowali kości, stare ubrania i wszystko, co mogło mieć jakąś wartość handlową. Chodzili druciarze, naprawiający garnki, kataryniarze, stanowiący muzyczną, uliczną rozrywkę…

Miejscowe restauracje przyjmowały konsumentów na śniadania. Przychodzili samotni wdowcy i kawalerowie by nie jeść w samotności. Przysiadali się przyjezdni, a najpóźniej przychodzili zwykli utracjusze, żyjący zawsze na czyjś koszt: spadek, posag żony, majątek rodzinny… Zawsze znaleźli kogoś, kto za chwilę dobrego humoru, świeżych plotek czy pogawędki, zafundował drogi posiłek…

Przed południem znowu podgrzewano pod kuchnią, by zacząć gotować obiad. Zapachy z otwartych na oścież okien rozchodziły się po mieście. Pachniało bardziej intensywnie, niż teraz przy kuchenkach gazowych i płytach indukcyjnych…

Pierwsi uczniowie kończyli lekcje około 14.00. Długo trwało, zanim wrócili do domów. Wracali zawsze dużymi grupami, zaglądali w różne zakamarki miasta. Najczęściej wchodzili w bramy kamienic, które miały wewnętrzne podwórze, zwane kominami. Znajdujące się tam balkony, okalające ściany, łączyły wszystkie mieszkania. Takie podwórza zwykle były ciekawe. Stanowiły zaplecze sklepów czy zakładów albo powierzchnię magazynową. Często hodowano tam – w środku miasta – kury czy nawet świnie, budowano gołębniki…

Około 16.00 urzędy kończyły pracę. Urzędnicy ściągali zarękawki i wracali do domu. Dzieci i żona czekali z obiadem, celebrowano wspólne posiłki…

Wieczorem panie zakładały eleganckie ubrania i wraz ze swoimi mężami wychodziły na spacer. Była to swoista „pokazówka”, okazja do „przypadkowych” towarzyskich spotkań, przystawania ze znajomymi, plotek… Najczęściej spacerowano po Krakowskiej, Wałowej, górnej części Lwowskiej. Często spacer kończył się w istniejącym już od lat- Parku Strzeleckim. Czasem ubierano się odświętnie i cała rodziną wizytowała jeden z najstarszych w Tarnowie zakładów fotograficznych – Mroczkowskiego. Taka sesja zdjęciowa to długo ustawiana scena rodzinna, w sztywnych, formalnych pozach, niczym spektakl w teatrze…

Innym razem chętnie uczestniczono w wieczornych w występach teatralnych. Istniało wiele teatrów amatorskich z bardzo ciekawym i starannie przygotowanym repertuarem. Czasem siadano w przydomowych ogródkach z rodziną i sąsiadami. Ktoś przynosił skrzypce, harmonijkę i śpiewano- często i chętnie. Pani domu wynosiła upieczone ciasto, pan – domową naleweczkę, rozmawiano, żartowano…

Powoli nadchodził wieczór. Ruch uliczny się wyciszał, rolety w oknach sklepów opadały z hukiem, furmanki wyjeżdżały z miasta, stróż zapalał lampy gazowe… Tak kończył się zwyczajny, powszedni dzień w Tarnowie przed stu laty.

Tekst MS

Opracowanie JF